sobota, 27 grudnia 2014

Chapter three "It's time for changes"

Wszedł do szkoły.
Chociaż z początku, wydawałoby się, że nikt nie zwraca uwagi na chłopaka, to po niezbyt długiej obserwacji, nawet ci mało spostrzegawczy dostrzegli by, że wszyscy których mijał śledzili go ukradkowymi spojrzeniami. On widział je wszystkie, i uśmiechał się do siebie, niektóre dziewczyny, posyłały mu nieśmiałe uśmiechy, będąc pewnymi, że to do nich się uśmiecha.
-Gdzie jest sekretariat?
-Nic Ci nie będę mówił!
-Ok, sam se znajdę
Otworzył drzwi od damskiej toalety, wszedł z uśmiechem i na widok grupki nieco skołowanych dziewczyn uśmiechnął się jeszcze szerzej i jak gdyby nigdy nic powiedział "Ups, byłem pewien, że to sekretariat".
Dziewczęta zachichotały, a on wyszedł.
-Korytarz na pierwszym piętrze, trzecie drzwi po prawej i nie waż się robić ze mnie idioty!
Poszedł tam gdzie poinstruował go jego wewnętrzny towarzysz i nie zawiódł się.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry - odpowiedziała niezbyt młoda, ruda kobieta, mierząc go wzrokiem spod okularów.
-Miałem się tu zgłosić, nazywam się Justin Bieber.
-Ach, tak - jakby nagle sobie przypomniała coś ważnego - chcę, żebyś wiedział, że poinformowaliśmy wszystkich nauczycieli, o zdarzeniach ostatnich miesięcy, ale postaraj się szybko nadrobić materiał dobrze?
-Zrobię co w mojej mocy - puścił jej perskie oko i wyszedł, nie czekając zbytnio na odpowiedź.
- To gdzie mam szafkę?
-Gdzie TY? 
-my?
-JA
-czyli?
-260
-będzie się nam świetnie współpracować
Ruszył przed siebie, i gdy dotarł do schodów, zszedł nimi na dół,  z powrotem do szatni, gdzie szybko znalazł swoją szafkę.
-Jaką mamy pierwszą lekcję?
-Angielski w 104
Wziął z szafki książkę do angielskiego i wrócił na schody.
-Justiiś! - usłyszał drażniąco skrzekliwy głos a zaraz potem poczuł jak coś się do niego przytula, po chwili odepchnął delikatnie postać i ustawił ją przed sobą dokładnie się przyglądając. Jego usta wykrzywił lekki grymas trwający zaledwie ułamek sekundy.
 Stała przed nim czarnowłosa dziewczyna, zdecydowanie była zbyt opalona a oczy wyjątkowo mocno pomalowane, choć jej makijaż nie był przesadzony. Może jest po prostu brzydka? - przemknęło mu przez myśli i uśmiechnął się do siebie, po czym niezauważalnie zlustrował jej resztę wzrokiem. Biały top zakrywał jeszcze kawałek brzucha pod nieproporcjonalnie dużymi piersiami sprawiającymi wrażenie takich, które zaraz wyskoczą ze stanika. Szorty miała z takiego samego materiału, i tak samo mały zakrywały. Zrezygnował z myślenia o niej lub z dalszej jej obserwacji. Przeszedł do działania
-Kto to?
-Natalie, moja laska.
-Hej Natalie - Justin się uśmiechnął i objął ją ramieniem - musimy pogadać - zaczął idąc spacerowym krokiem przez korytarz - to koniec - zdjął rękę, z jej ramion i zrobił minę która miała mówić, że mu przykro, nawet by mu wyszło gdyby nie to, że jego "współlokator" właśnie zaczął go opieprzać, i teraz miał minę jakby powstrzymywał napad histerycznego śmiechu, w istocie, powstrzymywał.
-Jak to?! - krzyknęła dziewczyna, lekko podskakując na swoich zniewalająco wysokich obcasach. Machała rękami przed twarzą tak by się nie rozpłakać, co raczej i bez tego, by nie nastąpiło. Nagle, widząc, że jej zachowanie nic nie zmieni przyjęła minę typu "Jestem wredną suką i mam zamiar cię zabić" zrobiła gest a'la "talk to my hand now" rzuciła coś, że będzie żałował, że wróci jeszcze do niej na kolanach i po prostu odeszła.
-Coś ty kurwa zrobił?!
-Nic.
-Aha, a mógłbyś mi to NIC wyjaśnić?!
-Nie.
-No to kurwa zajebiście!
-Też tak sądzę.
Niemal nie zwracał uwagi no to co mówi ten drugi jego pełną uwagę pochłonęła drobna brunetka na ławce, robiąca notatki w jakimś zeszycie
-A to kto?
-Isabella
-Nazwisko?
-Grew, czy coś takiego.
Zostawił' swojego rozmówcę i ruszył w stronę ławki, ale w połowie jego drogi rozbrzmiał dzwonek a dziewczyna w tym samym momencie podniosła się i ruszyła w  przeciwną stronę korytarza.
-Angielski!
 -Oh nie udawaj, że zależy ci, żeby tam być
-Fakt. Zamierzasz mi kiedyś powiedzieć co ty tu właściwie robisz? Czuję się dziwnie, kiedy nie mam władzy nad własnym ciałem a swój mózg muszę dzielić z..z niewiadomo czym! Dziwne uczucie...
-Tak.
-Tak co?
-Tak, powiem ci po co tu jestem. Jestem tu by nauczyć cie żyć jak porządny człowiek, a teraz chodźmy na angielski.
 


niedziela, 21 grudnia 2014

Chapter two - sorry, but I don't remember

* - Naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało, nie wiem czemu pani nie pamięta...nie wiem czemu nikogo nie pamięta, a zdawał sobie sprawę z tego ile leżał w szpitalu i który jest dzisiaj(..) proszę zabrać go do domu, niech narazie nigdzie nie wychodzi, i pokazać mu jakieś rodzinne zdjęcia, poopowiadać, może przyprowadzić paru najbliższych znajomych.*
Dlatego właśnie, teraz w salonie pani Pattie siedziało teraz plus minus 15 osób, a salon, mógł swobodnie pomieścić 4 - 5 więc 15 w tak małym pomieszczeniu lepiej sobie nawet nie wyobrażać.
-Wszyscy wiemy o wypadku Justina, i bardzo się cieszymy, że już do nas wrócił - zaczęła mama chłopaka - ale po mimo tego, nie jest najlepiej, bardzo dziękuję wam za przyjście - zrobiła krótką przerwę na głęboki
oddech - Justin stracił pamięć.
Spod przymkniętych powiek wydostała się samotna łza.
Rodzina - dziadkowie, babcie i kuzyni - zaczęli pierwsi, ale szybko skończyli, i przeszli do wyrazów współczucia kierowanych do matki chłopca.
~*~
- (...)Woah, stary, czyli serio niczego nie pamiętasz? No niezła jazda - mówił do Justina chłopak ciemniejszej karnacji w luźnych ubraniach, sprawiających wrażenie takich, które zaraz się zsuną.
Boże, przypomnij mi, proszę - pomyślał całkiem odruchowo szatyn.
-Po prostu się skup i wysłuchaj ich wszystkich
-Ale ich jest tu z 10!
-Ja Ci we wszystkim pomagać nie mogę.
Wysłuchał ich, każdego z osobna, a potem rozmyślając nad wszystkim co usłyszał zasnął.
Następnego dnia nie ruszył się z domu, a przez kolejny tydzień Pattie chodziła z nim po bliższej okolicy i jeździła po dalszej, raz nawet dała mu poprowadzić, opowiadając o wszystkim co Justin mógł pamiętać, ale on nie pamiętał. Ostatniego dnia przed pójściem do szkoły jeszcze raz przeczytał sobie wszystkie swoje notatki zebrane z przeszłego tygodnia, jeszcze raz obejrzał zdjęcia i jeszcze raz spróbował przekonać sam siebie, że nie będzie źle
~*~
Po obudzeniu, miał wrażenie, że nieliczne skrawki przeszłości zaczęły do niego wracać, ale nie mógł mieć pewności, że te zdarzenia to pamięć którą utracił, czy może zobrazowane opowieści ludzi, lub też po prostu wyobraźnia.
W każdym razie wstał, umył się, ubrał i razem z mamą wyszedł. To, że dała mu poprowadzić, nie znaczy, że pozwoliłaby mu jechać samemu do szkoły. W czasie drogi poinstruowała go, że ma się udać do sekretariatu i naciskała, że może jednak z nim pójdzie, dopiero jego zapewnienie, że doskonale wie, gdzie jest sekretariat jakąś ją uciszyły. Nie kłamał, wiedział gdzie jest sekretariat, nikt nie musiał mu przypominać. Pamiętał swój plan zajęć...wiele pamiętał, poza ludźmi w jego życiu. do 15 roku życia, pamiętał teraz wszystko z przerażającą dokładnością.
Stojąc przed szkołą, uśmiechnął się do siebie.
-Przecież wiem, po co tu jestem
- Nie zniszczysz mi życia
-O zniszczę, a ty będziesz mi wdzięczny.
-Nie rób tego bo...
-Bo? Jestem w twoim ciele, a ty nic z tym już nie zrobisz .




____________________________________________________________________
Z przyjemnością informuję, że mój blog został umieszczony na http://justinbieberfanfictionpl.blogspot.com/

sobota, 20 grudnia 2014

Chapter One - I'm here, one more time -

*Justin's Pov*
Im więcej chodziłem po okolicy tym więcej poznawałem, wszystko było dla mnie dziwne i nienaturalne, czuliście się kiedyś tak jakbyście byli z innego świata? Jakbyście zupełnie nie pasowali do miejsca w którym jesteście? Jeśli tak, to wiecie jak się czuję już od jakiegoś czasu, czuję się, jakby ktoś wyrwał mnie z większości mojego życia i zostawił gdzieś w środku niczego z karteczką "radź sobie dalej sam".
Niby wszystko staje się jaśniejsze i zrozumiałe z każdym dniem, ale...

*None's Pov*
I po miesiącu przebywania Justina na ziemi Bóg zorientował się jak wielki popełnił błąd - przecież on sobie nie poradzi! - więc postanowił szybko działać

-Obudził  się! Panie doktorze, pan spojrzy! - krzyczała zdesperowana brunetka przy łóżku szatyna.
-Mhmm, - zamruczał "pan w białym" podchodząc do łóżka - spójrz na mnie chłopcze - szatyn wykonał polecenie  - jak się czujesz?
- Wody - wychrypiał z niemałym wysiłkiem szatyn. Niska blond pielęgniarka zaraz wręczyła mu plastikowy kubek i przytrzymała głowę przy piciu.
-Będzie żyć - lekarz uśmiechnął się do brunetki na co ona przewróciła oczami i również się uśmiechnęła.
-Powiedz mi chłopcze, wiesz jaki mamy dziś dzień?
-21 sierpnia.
-A jak się nazywasz?
-Justin.
-Dobrze - mruknął z uznaniem - zostawię was samych - ostatni raz obrzucił salę spojrzeniem i wyszedł, a zaraz za nim pośpiesznie,  w towarzystwie klekotania drewniaków o podłogę wyszła pielęgniarka. Milczeli. Chłopak oglądał salę z zainteresowaniem,  niemal nie ruszając przy tym głową.
- Synku - dobiegło do jego uszu i dopiero wtedy zarejestrował drobną postać siedzącą na stołku, przyjrzał jej się badawczo. Musiała być co najmniej po męczącej trzydziestce, na to wskazywały lekkie zmarszczki w kącikach oczu, jednak nawet jak na zapłakaną osobę, która prawdopodobnie nie widziała lustra 24 godziny, prezentowała się dobrze.
Teraz wstała i podeszła do łóżka, a chłopak w jednej chwili zniknął w jej objęciach.
- Tak się cieszę, że już jesteś ze mną - wyszlochała.
Szatyn nieco skołowany po chwili odepchnął kobietę od siebie.
- Przepraszam, nie znam pani - spojrzał na nią wzrokiem który mówi, że naprawdę jest mu przykro.
-Jak to? - wyszeptała bo głos zdławił jej szloch - Jestem twoją mamą, Twoją mamusią! - kobieta unosiła swój głos coraz bardziej, potrząsając dłonią chłopaka jakby to miało coś zmienić, ale nic nie zmieniło, on tylko pokręcił głową i zamknął oczy, a do jego uszu dobiegł dźwięk, niczym nie powstrzymywanego płaczu

sobota, 6 grudnia 2014

Prolog

"Hej, nazywam się Susan, a Ty?"
"Siemka nazywam się Chad, a Ty?"
"Nazywam się Marie, a Ty?"
"Nazywam się" "A Ty?" to było to co słyszał najczęściej, zdarzało się też "Wszystko w porządku?" "Proszę nie stać na środku chodnika!" czy "Zamawia pan coś, czy nie?!" (urok nieświadomości co to jest kawiarnia).
Po mimo tego, że społeczeństwo tak bardzo starało się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt on był uparty i za każdym razem robił dokładnie to samo: nienaturalnie rozszerzał oczy i  wybiegał  (jeśli był akurat w jakimś "środku") lub biegł przed siebie, i zatrzymywał się dopiero w parku lub w "domu"
Dziwna sprawa, cholernie dziwna.
Miał wygląd ziemskiego 17-sto latka. Obecnie miał również jego poziom rozwinięcia emocjonalnego i w ogóle mało co pamiętał z miejsca z którego przyszedł, nikt by nie powiedział że ma niemal 360 lat!, mieszkał sam, w domu którego rachunki były opłacane przez jakąś tajemniczą boską siłę- Tę samą boską siłę, która nabija się  z nas wszystkich całe nasze życie, a jemu płaci rachunki...-, nie robił nic, prócz chodzenia, rozglądania się i poznawania miejsc, bo z ludźmi miał problem. Mówili. Angielski był dla niego enigmą, w sumie, to wydawanie dźwięku przez ludzkie struny było już dla niego tak  zadziwiające, że po pierwszym co z siebie wydał ( taki trochę dźwięk podobny do wycia lamy) musiał przesiedzieć tydzień w fotelu oswajając się z nową umiejętnością. Zaraz potem spróbował zagadać do człowieka, na ofiarę wybrał sobie wyjątkowo ładną brunetkę. Najpierw się do niej uśmiechnął, co wyszło raczej jak grymas cierpienia mówiący "dostałem kosę w brzuch, zaraz zemdleję, łap mnie!", a potem wydał z siebie jęk który mógłby potwierdzać powyższe domyślenia, gdyby nie to, że zamiast wywrócić się twarzą w chodnik on się odwrócił i pobiegł przed siebie z niesamowitą szybkością.
To był jego pierwszy tydzień na Ziemi, jutro minie już 6. Z tego co kojarzę to pojawił się na niej jakoś tak na końcu czerwca, i również [z tego co mi wiadomo(a jako osobie trzeciej wiadomo mi całkiem sporo)] jutro ma 359 urodziny, tylko on raczej o tym  nie wie.